Vince
Podjechałem pod sam dom Justina i wyłączyłem silnik. Spojrzałem na Sophie. Była taka bezbronna,sama. Prawdopodobnie na zawsze będe miał wyrzuty sumienia,że przeze mnie moja dziewczyna straciła rodzinę, oraz dom,do którego już nie wróci. Nie dopuszczę do tego.
Wiedziałem,że przyjdzie ten dzień,w którym zapłacę za te wszystkie długi,ale nie życiem praktycznie obcych mi ludzi.
Westchnąłem, odgarniając swoje włosy z czoła.
Wybrałem znany mi numer i przyłożyłem słuchawkę do ucha.
-Halo?
-Justin, zaczęło się. -odparłem,miejąc stu procentową pewność,że wie o co mi chodzi.
-Gdzie jesteś?
-Pod twoim domem. -rozłączyłem się, uśmiechając pod nosem.
Wykorzystałem moment, w którym Soph mnie nie słyszy i bardzo cicho wysiadłem z samochodu.
-Co tam, stary? -chłopak wyszedł z domu przybijając ze mną piątkę.
-Jest okej, mam ze sobą moją dziewczynę. -wskazałem ruchem głowy na samochód.
-Oh, i?
-Muszę cię prosić o jedną,jedyną przysługę...-popatrzyłem mu w oczy,wiedząc że mam kontynuować -Musisz się nią zająć,opiekować się nią.
-Okej,men,nie kumam,a ty gdzie będziesz? -spytał przeskakując z nogi na nogę.
-Jadę do Jefferson'a.
-Stary...
-To już postanowione,mam z nim tylko porozmawiać,ale na wszelki wypadek wezmę ze sobą broń i Luke'a. Pamiętasz go jeszcze?
-Ta,ta kojarze. -westchnął. -Czyli co? Mam się nią opiekować?
-Dopóki nie wrócę,zgoda?
-Zgoda.
Podaliśmy sobie ręce. -Idę po nią. -oznajmiłem mu, na co ten skinął głową na zgodę.
Otworzyłem drzwi od strony dziewczyny, i lekko ją szturchnąłem,bo sam nie miałem pomysłu jak ją szybko,ale delikatnie obudzić.
-Co jest? -spytała przecierając oczy. -Jesteśmy już na miejscu?
-Tak. -wyciągnąłem ją ze środka i pokazałem na dom. -To w tym domu będziesz mieszkała.
-Czekaj,czekaj co? Ja będe mieszkała? A ty?
-Ja na chwilę wyjeżdżam,ale wrócę,obiecuję. -przytuliłem ją,gdy znowu zaczęła płakać. -To jest Justin, on będzie się tobą opiekował, dopóki ja nie wrócę. -pokazałem palcem na blondyna,który migiem do nas podszedł.
-Hej, jestem Justin, a ty to?
-Masz mnie tylko pilnować,nie musisz znać mojego imienia. -odparła ostro, kierując się prosto na dom.
-Moja dziewczyna. -westchnąłem śmiejąc się pod nosem.
-Okej? To będzie trudniejsze niż przypuszczałem. -zaśmiał się chłopak oglądając się za siebie, w kierunku blondynki.
-Żebyś tylko wiedział. -wywróciłem teatralnie oczami.
Chłopak posłał mi kolejny uśmiech klepiąc mnie lekko po plecach.
Z bagażnika wyjąłem walizkę Sophie i podałem ją Justinowi. -To wszystko co ma,więc w wolnym czasie,mogłbyś jej też coś dokupić. Jestem pewien,że nie brała wszystkich ciuchów. -odparłem, powoli zmierząjąc w stronę auta. -Jeszcze raz dziękuję, wiedziałem że można na tobie polegać.
Blondyn skinął głową, na co się lekko uśmiechnąłem. -Ale nie zmieniłeś się za bardzo. Nadal nie umiesz mówić 'proszę', albo 'przepraszam'. To nadal ten sam Bieber bez uczuć.
-Zamknij się stary. -warknął nadal się uśmiechając. -Oby cie zabili. -wyszczerzył się.
-Chciałbyś tego?
-Nie, nie wytrzymałbym tyle z twoją laską. -parknął na co i ja się uśmiechnąłem. -Wydaję sie być nieznośna.
-Nie jest taka,zobaczysz. -zapewniłem go wsiadając do samochodu. Odsunąłem jeszcze na chwilę szybę. -Licze na ciebie,Bieber.
Znów przytaknął tym dziwnym ruchem głowy i odjechałem. Nie chciałem się żegnać z Sophie, bo wiem że nienawidzi tego ponad wszystko inne,więc po prostu załóżmy,że wrócę żywy ze spotkania z najbardziej bezwzględnym zabójcą w Stanach, w co wątpie.
Justin
-Okej,porozglądałaś się już? -spytałem wchodząc do środka i zamykając za sobą drzwi.
-Wystarczająco,żeby wiedzieć że nie mieszkasz sam.
Podniosłem brwi z wrażenia,ale nie śmiałem pytać czemu tak myśli,tylko po prostu przytaknąłem.
-Mieszkam chwilowo z moją siostrą i jej chłopakiem,więc tak naprawdę wolałbym mieszkać sam. -parsknąłem, gdy przypomniałem sobie o Jazzy i o Brianie,jak co noc ich łóżko dudni o ścianę.
-Czemu mieszkają z tobą? - spytała chodząc po salonie.
Odłożyłem jej bagaż w kąt i rozsiadłem się na jednym z foteli.
-Myślę,że dlatego bo Jazzy jest już prawie pełnoletnia,więc tak jakby robi co chce, a nie ma jeszcze swojego domu.
-A jej chłopak?
Cholera,co to jakieś przesłuchanie? Głos w mojej głowie wariował.
-Brian to dobry chłopak, polubiłem go,a ponieważ bardzo kocha moją siostrę, to mieszka z nią.
-I mieszkacie tutaj tak we trójkę?
-Tak, czasem dogląda nas moja mama. -mówiłem przez żeby,gdy jej pytania zaczęły mnie już bardzo denerwować. -Masz jeszcze jakieś pytania? Piszesz pamiętnik,czy co? -krzyknąłem.
Ta jakby zignorowała to co do niej powiedziałem uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie. To było dziwne.
-Musisz się oduczyć krzyczeć tak bezpodstawnie. Wiem,że wkurza cię,że tu jestem,bo chętnie pomieszkałbyś w swoim pałacyku sam. -urwała pokazując na cały dom. - Ale dopóki mój chłopak nie wróci,będziesz musiał to jakoś wytrzymać.
Oniemiałem.
-Jestem Sophie. -wyciągnęła rękę w moją stronę, patrząc mi głęboko w oczy.
Uścisnąłem ją lekko -Justin.
-A więc Justin, mogłbyś pokazać mi miejsce gdzie będe spała? -spytała szybko ode mnie odchodząc. Poczułem dziwne spięcie wokół dziewczyny.
Jest strasznie zmienna,ale to nie zmienia faktu,że jest gorąca. Szybko odrzuciłem myśli na bok i zaprowadziłem ją na górę.
-Tam jest pokój Jazmyn i Briana, a na przeciwko ich jest mój. Twój jest tutaj. -otworzyłem drzwi. Do moich nozdrzy odrazu doleciał świeży zapach pościeli.
Wstawiłem jej bagaż do środka i chwile przyglądałem się jej reakcji. -I co? -Ciekawość tak mnie zżerała,że aż musiałem się zapytać.
-Jest bardzo ładny. -odparła uśmiechnięta.
-Zostawię cie samą,jak coś to krzycz. -posłałem jej ostatni uśmiech, po czym zamknąłem drzwi uwalniając swoje ciało od spięcia.
Nie mam pojęcia czemu byłem tak dziwnie spięty przy niej. Może dlatego,że była nowa w tym domu?
Justin,nie oszukuj się idioto. Ona ci się podoba. To nie prawda. Oh,kogo ty oszukujesz? Przestań.
Czy jest jeszcze ktoś kto rozmawia sam ze sobą w myślach, tak jak ja? Jeśli tak,to bardzo mi ulżyło,bo czuje się z tym strasznie dziwnie.
Because of you
poniedziałek, 6 stycznia 2014
sobota, 4 stycznia 2014
2. Fear
Sophie
Milczałam mocniej ściskając słuchawkę od telefonu.
-Obiecałeś,że ja i moja rodzina.....że będziemy bezpieczni. -załkałam.
-Soph,ja przepraszam,muszę cie stamtąd zabrać, inaczej dopadną twoich rodziców, proszę cie......spakuj się.
Pociągnęłam nosem i nie rozłączając połączenia wyciągnęłam walizkę spod łóżka i zaczęłam do niej wrzucać wszystko co będzie mi potrzebne.
-Kochanie. -zaczął. -Naprawdę cie przepraszam.
-Vince..gdyby nie ty i te twoje pieprzone interesy, nadal wszystko byłoby tak jak jest. -szepnęłam ocierając policzki.
-Skarbie,kochasz mnie jeszcze?
-Vince...-westchnęłam. -Jasne,że tak,ale ja po prostu...
-Boisz się,wiem.
Zamknęłam bagaż i postawiłam go na kółka.
-Okej Vince,jestem spakowana. -odparłam. -Co mam zrobić?
-Spróbuj jakoś stamtąd wyjść, ja czekam pod twoim domem,pospiesz się. -powiedział to takim tonem,jakbym mówiła po innym języku, a potem się rozłączył.
Ocierając całe mokre policzki zeszłam na dół. Zastanawiałam się jak powiem mojej mamie,że wychodzę. Szczególnie dlatego,że moja mama nie była jak inne mamy, ona była ich przeciwieństwem, a ostatnie na co by mi pozwoliła wieczorem, to wyjście z chłopakiem.
Stanęłam tuż obok schodów, rozglądając się na wszystkie strony. Cisza panowała nad całym moim domem. Nie było słychać nic. Weszłam do kuchni i zobaczyłam coś czego nigdy nie miałam zamiaru zobaczyć. Moją mamę,leżącą w kuchni,z czerwoną plamą na klatce piersiowej.
-Jezu Chryste. -szepnęłam prawie upadając na kafelki.
Zabili część mnie,moją mamę,rodzicielkę,kogoś kto mnie urodził. Nie docierało to do mnie.
Podeszłam do ciała i mocno je przytuliłam płacząc w jej gęste włosy.
-Nigdy nie chciałam,żeby to cię spotkało. -szepnęłam,odwracając się od niej i puszczając jej nieruchome ciało. -Przepraszam,mamo.
Wybiegłam z domu, bo myślę że nie przeżyłabym,gdybym zobaczyła jeszcze kogoś martwego z mojej rodziny. Vince stał przy samochodzie obkręcając kluczyk wokół palca. Spojrzał na mnie i rozchylił szeroko ramiona, w które odrazu wpadłam.
Zaczęłam jeszcze mocniej płakać, zatapiając się w jego zapachu.
-Musimy stąd iść,mogą nadal tam być. -szepnął odrywając się ode mnie i pakując moją walizkę do bagażnika.
Weszłam do samochodu i zapięłam pasy. Vince zrobił to samo i wyjechał na główną ulicę.
-Tak strasznie cię przepraszam,Soph. To wszystko moja wina. -zaczął wiercąc się na siedzeniu.
-Siedź cicho,okej? Zabili moją mame,nie mam pojęcia co z resztą rodziny,wyjeżdżam nie wiem dokąd, a ciebie stać na jakieś pierdolone 'przepraszam'?! Jezu Chryste, Vince. Moje życie od teraz będzie jedynym uciekaniem,a to wszystko przez to,że zachciało ci się ćpać! -nie mogłam powstrzymać tego słowotoku. Moje oczy zamgliły się a z oczu znów wypłynęły łzy.
Zapadła cisza. Słychać było tylko ciągłą pracę silnika jego samochodu połączony z naszymi niespokojnymi oddechami. -Gdzie jedziemy? -spytałam widząc,że wyjeżdżamy poza miasto.
-Daleko stąd. -rzucił,nawet na mnie nie patrząc.
-Vince,przepraszam cię,że tak na ciebie naskoczyłam,ale po prostu nadal do mnie nie dociera,że zabili moją matkę.
-Spokojnie,wszystko jest wporządku.
-Vince -szepnęłam.
-Hm?
-Czemu nie zabili mnie,tylko moją mamę? Przecież to o mnie im chodziło.
-Tu nie chodziło o to,żeby kogoś zabić...-odparł wzdychając. -Oni zostawili mi tylko wiadomość,że ty i nikt kogo znam nie będzie teraz bezpieczny,to o to im chodziło,nie o to,żeby odrazu cię zabić i mieć problem z głowy,rozumiesz?
-Chyba tak. -westchnęłam pocierając dłońmi twarz. -Gdzie dokładnie jedziemy?
-Do Stratford.
Hejka,hejka. Oto rozdział 2!! Mam nadzieję,że się podoba.
Do usłyszenia wkrótce.
-Okej Vince,jestem spakowana. -odparłam. -Co mam zrobić?
-Spróbuj jakoś stamtąd wyjść, ja czekam pod twoim domem,pospiesz się. -powiedział to takim tonem,jakbym mówiła po innym języku, a potem się rozłączył.
Ocierając całe mokre policzki zeszłam na dół. Zastanawiałam się jak powiem mojej mamie,że wychodzę. Szczególnie dlatego,że moja mama nie była jak inne mamy, ona była ich przeciwieństwem, a ostatnie na co by mi pozwoliła wieczorem, to wyjście z chłopakiem.
Stanęłam tuż obok schodów, rozglądając się na wszystkie strony. Cisza panowała nad całym moim domem. Nie było słychać nic. Weszłam do kuchni i zobaczyłam coś czego nigdy nie miałam zamiaru zobaczyć. Moją mamę,leżącą w kuchni,z czerwoną plamą na klatce piersiowej.
-Jezu Chryste. -szepnęłam prawie upadając na kafelki.
Zabili część mnie,moją mamę,rodzicielkę,kogoś kto mnie urodził. Nie docierało to do mnie.
Podeszłam do ciała i mocno je przytuliłam płacząc w jej gęste włosy.
-Nigdy nie chciałam,żeby to cię spotkało. -szepnęłam,odwracając się od niej i puszczając jej nieruchome ciało. -Przepraszam,mamo.
Wybiegłam z domu, bo myślę że nie przeżyłabym,gdybym zobaczyła jeszcze kogoś martwego z mojej rodziny. Vince stał przy samochodzie obkręcając kluczyk wokół palca. Spojrzał na mnie i rozchylił szeroko ramiona, w które odrazu wpadłam.
Zaczęłam jeszcze mocniej płakać, zatapiając się w jego zapachu.
-Musimy stąd iść,mogą nadal tam być. -szepnął odrywając się ode mnie i pakując moją walizkę do bagażnika.
Weszłam do samochodu i zapięłam pasy. Vince zrobił to samo i wyjechał na główną ulicę.
-Tak strasznie cię przepraszam,Soph. To wszystko moja wina. -zaczął wiercąc się na siedzeniu.
-Siedź cicho,okej? Zabili moją mame,nie mam pojęcia co z resztą rodziny,wyjeżdżam nie wiem dokąd, a ciebie stać na jakieś pierdolone 'przepraszam'?! Jezu Chryste, Vince. Moje życie od teraz będzie jedynym uciekaniem,a to wszystko przez to,że zachciało ci się ćpać! -nie mogłam powstrzymać tego słowotoku. Moje oczy zamgliły się a z oczu znów wypłynęły łzy.
Zapadła cisza. Słychać było tylko ciągłą pracę silnika jego samochodu połączony z naszymi niespokojnymi oddechami. -Gdzie jedziemy? -spytałam widząc,że wyjeżdżamy poza miasto.
-Daleko stąd. -rzucił,nawet na mnie nie patrząc.
-Vince,przepraszam cię,że tak na ciebie naskoczyłam,ale po prostu nadal do mnie nie dociera,że zabili moją matkę.
-Spokojnie,wszystko jest wporządku.
-Vince -szepnęłam.
-Hm?
-Czemu nie zabili mnie,tylko moją mamę? Przecież to o mnie im chodziło.
-Tu nie chodziło o to,żeby kogoś zabić...-odparł wzdychając. -Oni zostawili mi tylko wiadomość,że ty i nikt kogo znam nie będzie teraz bezpieczny,to o to im chodziło,nie o to,żeby odrazu cię zabić i mieć problem z głowy,rozumiesz?
-Chyba tak. -westchnęłam pocierając dłońmi twarz. -Gdzie dokładnie jedziemy?
-Do Stratford.
Hejka,hejka. Oto rozdział 2!! Mam nadzieję,że się podoba.
Do usłyszenia wkrótce.
piątek, 3 stycznia 2014
1. Finish of normal life
Sophie
Wjechałam samochodem do garażu, po czym sprawnie z niego wysiadłam i udałam się do domu,nie zapominając przy tym o rzeczach,które ze sobą miałam. Podsumowując ten dzień jednym zdaniem : było nieźle. Może poza tym,że znowu dostałam jedynkę, i to znowu przez Vince'a.
Ja go naprawdę kocham,ale to że codziennie nie mogę sie przez niego skupić to zupełnie co innego. Tak więc, jestem martwa, bo to już piąta jedynka, a patrząc w kalendarz już niedaleko do wywiadówki, co daje mi spędzanie miesiąca (o ile nie więcej) na gapieniu się w cztery ściany mojego pokoju.
Chwyciłam za klamkę i otworzyłam sprawnie drzwi wchodząc do środka. Zdjęłam z siebie buty oraz marynarkę i szybkim krokiem podążyłam ku jakimś odgłosom z kuchni.
-Hej. - rzuciłam wchodząc.
-Cześć. - przywitała mnie mama. -Mogłabyś pomóc bratu roznosić jedzenie na stół? Za parę minut powinien być tutaj tata.
Kiwnęłam głową twierdząco i chwyciłam dwa półmiski w dłonie. Rozłożyłam je na stole, tym samym widząc że ktoś mi się przygląda.
-Hejka. -uśmiechnął się do mnie,co u mojego brata było rzadkie.
Doceniłam ten gest i również lekko się uśmiechnęłam.
-Hej. -odpowiedziałam.
-Od kiedy pomagasz mamie przy obiedzie? -spytał puszczając mi irytujący uśmieszek.
Ugh, mój starszy brat powrócił.
-Dokładnie od wtedy, gdy ty zacząłeś. -dogryzłam złośliwie.
-Nathan,Sophie....to koniec waszego wyjątkowego pomagania mi? -głos naszej rodzicielki rozległ się po domu.
-Nie,mamo. Skądże. -mruknęłam, wracając do kuchni.
Gdy wszystko było już gotowe,a tata był w domu zasiedliśmy do stołu.
-A więc...Nathan,jak było w szkole? -zaczął temat tata,patrząc na niego znacząco.
-Było dobrze,tato. Trochę nudno,ale to przecież szkoła. -zaśmiał się nerwowo.
Już wiedziałam,że coś było nie tak. Nagłe pomaganie mamie,dosyć miłe zachowanie wobec mnie,odebranie Josh'a ze szkoły,co mama również chwaliła...sprytnie braciszku.
Zaśmiałam się lekko i nałożyłam na swój talerz trochę mojej ulubionej sałatki
-A jak u ciebie Sophie?
Mina mi zrzedła. -Uhm,było...nieźle. -odparłam nadal patrząc w talerz.
-Josh?
-Było zajebiście. -wyszczerzył się. Wszyscy otworzyliśmy szeroko oczy.
-Josh,skąd znasz to słowo? -mama popatrzyła oniemiała na mojego młodszego brata. Też byłam w niezłym szoku,że siedmioletnie dziecko zna takie słowo,przy wychowaniu naszych rodziców. Ja sama nauczyłam się przeklinać dopiero w siódmej klasie,a i tak nie robiłam tego często.
-Dzisiaj,jak Nathan podwoził mnie do szkoły to mówił tak przez telefon. -blondyn uniósł ręce ku górze.
Parsknęłam śmiechem zasłaniając się ręką.
-Sophie, to nie jest śmieszne. -skarciła mnie mama, przez co szybko się uspokoiłam. -Wydaję mi się,że obiad już skończyłaś...idź do swojego pokoju, my mamy tutaj do pogadania.
-Sophie, to nie jest śmieszne. -skarciła mnie mama, przez co szybko się uspokoiłam. -Wydaję mi się,że obiad już skończyłaś...idź do swojego pokoju, my mamy tutaj do pogadania.
Odsuwając się od stołu, wstałam i tak jak mi kazano poszłam do swojego pokoju. Usiadłam na swoim łóżku rozprostowując wszystkie obolałe kości. Z mojej szkolnej torby wyjęłam telefon i zobaczyłam,że lampka z boku mojego telefonu miga. To znaczyło,że ktoś do mnie dzwonił. Odblokowałam go i spojrzałam na ostatnie połączenia. Vince. Wybrałam jego numer z uśmiechem, po czym przyłożyłam sprzęt do ucha.
Jeden sygnał,drugi,trzeci,czwa..
-Halo?
-Vince...dzwoniłeś. -uśmiechnęłam się znowu.
-Sophie,jest mały problem.- po jego głosie mogłam rozpoznać,że był przerażony. -On dotycy naszej dwójki.
-Co się stało?-spytałam podnosząc się z łóżka.
-Nie jesteśmy bezpieczni. -odparł, głośno przełykając ślinę.
-Co się do cholery stało,Vince?! Nie mam całego dnia! -wrzasnęłam.
-Oni......oni nas znaleźli,nie jesteśmy tu bezpieczni,nasze rodziny,nikt nie jest już bezpieczny.
Oto pierwszy rozdział. Mam nadzieję,że to i cały blog się wam spodoba:)
Proszę o jakiekolwiek komentarze,uwagi,dobre rzeczy,wszystko co wam leży na sercu.
Dzięki i do usłyszenia.
Jeden sygnał,drugi,trzeci,czwa..
-Halo?
-Vince...dzwoniłeś. -uśmiechnęłam się znowu.
-Sophie,jest mały problem.- po jego głosie mogłam rozpoznać,że był przerażony. -On dotycy naszej dwójki.
-Co się stało?-spytałam podnosząc się z łóżka.
-Nie jesteśmy bezpieczni. -odparł, głośno przełykając ślinę.
-Co się do cholery stało,Vince?! Nie mam całego dnia! -wrzasnęłam.
-Oni......oni nas znaleźli,nie jesteśmy tu bezpieczni,nasze rodziny,nikt nie jest już bezpieczny.
Oto pierwszy rozdział. Mam nadzieję,że to i cały blog się wam spodoba:)
Proszę o jakiekolwiek komentarze,uwagi,dobre rzeczy,wszystko co wam leży na sercu.
Dzięki i do usłyszenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)